Jestem niezalogowany   zaloguj mnie   /   rekrutacja do Tajne.org


4. Ufonauci
8 lipca 2002
Kim były istoty, które z pokładu wiszšcego nad ziemiš pojazdu machały rękami w odpowiedzi na pozdrowienia ludzi?

Skšd przybyły i czego tu chciały?

Boainai jest wioskš położonš nad brzegiem rzeki Mase w Nowej Gwinei. Na terenie wsi znajduje się misja Wszystkich Œwiętych, kierowana przez duchownego anglikańskiego, wielebnego ojca Williama Gilla, Pracował tu od trzydziestu lat, a jego podstawowym zajęciem była działalnoœć oœwiatowa. W wywiadzie udzielonym dziennikarzom australijskim ojciec Gill stwierdził, że zanim zdarzyły się te wypadki, sšdził, iż UFO "sš wytworem wyobraŸni albo jakimiœ zjawiskami o charakterze elektrycznym".

Aż nadszedł czerwcowy wieczór 1959 roku i razem z trzydziestoma siedmioma osobami, uczniami misji i nauczycielami, ojciec Gill był œwiadkiem czegoœ, co całkowicie zmieniło jego poglšdy na sprawę UFO.

Było to około osiemnastej trzydzieœci. Niebo było czyste, ale zbierały się już deszczowe chmury. Ojciec Gill wyszedł właœnie na dwór z jadalni i spojrzał w niebo, żeby zobaczyć, czy wzeszła już planeta Wenus. Wenus była na niebie, ale było tam też coœ znacznie dziwniejszego: bardzo jasny, iskrzšcy się statek latajšcy. Ksišdz Gill mówi:

"...miałem właœnie skręcić za róg domu, kiedy coœ na niebie przykuło mój wzrok i spojrzałem w górę w kierunku zachodnim. Zobaczyłem pod kštem około 45o to olbrzymie œwiatło. Sšdziłem, że niektórzy ludzie mogš sobie coœ takiego wyobrażać, ale nigdy ja. A to się właœnie stało. Zawołałem Erica Kodawarę i spytałem: Co widzisz tam w górze?! Powiedział: Zdaje się, że to jest œwiatło. A na to ja: IdŸ i powiedz nauczycielowi Stevenowi Moi. Każ mu przyjœć szybko. Eric zebrał ludzi, ilu tylko mógł, i wszyscy staliœmy i wpatrywaliœmy się w to. PóŸniej podeszliœmy bliżej, na boisko, a zjawisko trwało dalej. Opisałem je. Wzišłem wtedy bardzo szybko notatnik i ołówek i napisałem, że jeżeli coœ ma się zdarzyć, zdarzy się teraz i z pewnoœciš jutro obudzę się i będę myœlał, że to był sen, że nie widziałem tego naprawdę. Jeżeli zapiszę to, będę przynajmniej wiedział, że nie œniłem".

Obiekt przypominał wielki dysk o œrednicy około trzynastu metrów u podstawy i siedmiu metrów na szczycie. Miał okršgłš nadbudówkę, a na niej jeszcze jednš okršgłš, znacznie mniejszš, która wydawała się pełnić rolę mostka kapitańskiego. Od spodu były cztery "nogi", skierowane parami ukoœnie w dół. Wydawały się być przymocowane na stałe i przypominały nogi statywu.

Obiekt zniżył się i zawisł nad ziemiš jakieœ sto, sto pięćdziesišt metrów Kiedy cała misja stała, patrzšc z rozdziawionymi ustami na to cudo widniejšce nad ich głowami, z wnętrza latajšcego spodka wyszli... ludzie. Pojawili się na szczycie dysku, stojšc na mostku kapitańskim. Najpierw było ich czterech, póŸniej dwóch, potem jeden, potem trzech, następnie znowu czterech...

Ze œrodka pokładu wychodził promień niebieskiego œwiatła. Ludzie na pokładzie byli pochyleni do przodu, czasem prostowali się, czasem spoglšdali w dół w kierunku patrzšcych, ale interesowało ich tylko to, co działo się na pokładzie. Przyglšdajšcy się im z dołu mieli wrażenie, że istoty z latajšcego spodka coœ naprawiajš. Niebieskie œwiatło zapalało się i gasło jak promień skierowanego w niebo reflektora...

Zaczęto dawać sygnały latarkš. NajwyraŸniej w odpowiedzi obiekt zaczšł poruszać się ruchem wahadłowym. Kiedy skierowano nań œwiatło latarki, najpierw uniósł się, a potem zaczšł opadać i znalazł się bardzo nisko nad ziemiš. Wszyscy myœleli, że za chwilę wylšduje, ale nie stało się tak i wszyscy byli bardzo rozczarowani...

Ojciec Gill stwierdza : "Kiedy jeden z ludzi znajdujšcych się na pokładzie przechylił się przez coœ, co wydawało się poręczš, i zdawał się patrzeć na nas, uniosłem rękę i pomachałem. Figurka zrobiła to samo! Jak kapitan statku, który macha do kogoœ na przystani. Samej poręczy nie widziałem, ale figurka stała w pozycji, sugerujšcej istnienie poręczy. Widzieliœmy z dołu, że człowiek ten był wychylony. W pewnej chwili Anamias, nauczyciel, zamachał nad głowš obiema rękami i dwie postaci na górze również zamachały oburšcz nad swoimi głowami. Potem Anamias i ja zamachaliœmy ponownie i wszystkie postaci odmachały nam. Nie ma żadnych wštpliwoœci, że odpowiadały w ten sposób na nasze sygnały dawane rękami".

Uczniowie misji byli zaskoczeni, lecz i zachwyceni. Mali chłopcy wykrzykiwali i gestami zapraszali istoty do zejœcia na dół, ale one nie zeszły.

Długotrwała obserwacja latajšcego spodka i pracujšcych na jego pokładzie istot poprzedzona była licznymi, wczeœniejszymi doniesieniami o dziwnych latajšcych œwiatłach na niebie. Pod wpływem tych relacji ojciec Gill napisał do przyjaciela kierujšcego sšsiedniš misjš list, w którym jeszcze powštpiewał:

"Drogi Dawidzie,

Spójrz na te niezwykłe dane. Jestem prawie przekonany do teorii odwiedzin. Nie mam żadnych wštpliwoœci co do istnienia tych rzeczy... ale mój prosty umysł cišgle domaga się naukowego dowodu, zanim będę mógł uwierzyć, że prawdopodobnie UFO sš czymœ więcej niż jakšœ formš zjawisk elektrycznych lub czymœ bomb atomowych... Zbyt trudno jest mi zwišzanym z wybuchami to wszystko zrozumieć. Wolę poczekać, aż jakiœ bystry chłopak złapie coœ takiego, żeby można było to pokazywać w Martin Square...

Twój wštpišcy William".

Po obserwacji istot, z którymi wymieniano pozdrowienia, drugi list był już inny.

"Drogi Dawidzie,

Życie jest dziwne, nieprawdaż? Wczoraj napisałem do Ciebie list, wyrażajšc opinię o UFO. Teraz, po niespełna dwudziestu czterech godzinach, zmieniłem w pewnym sensie swoje poglšdy Ostatniej nocy obserwowaliœmy około czterech godzin działalnoœć UFO i nie ma wštpliwoœci, że był on kierowany przez jakieœ istoty. Chwilami było to absolutnie oszałamiajšce. Oto sprawozdanie. Proszę, przeœlij je dalej, ale pamiętaj o zachowaniu wielkiej ostrożnoœci, gdyż nie mam kopii...

Czeœć - Przekonany Bill".

Nic tak dobrze nie wpływa na zmianę przekonań, jak zobaczyć na własne oczy.


autor: Thomas De Jean