Nie kończšca się katastrofa13 czerwca 2002Dwudziestu dwóch mężczyzn walczyło z szalejšcym morzem o swoje życie, lecz ilekroć osišgnęli jakie drobne zwycięstwo, musieli ponownie stawać do walki.
Przypadek szkunera "Mermaid" i dwudziestu dwóch ludzi, którzy byli na jego pokładzie, znajduje się w obszernych kartotekach Lloyda w Londynie, lecz chociaż zawierajš one opisy przeróżnych przypadków, to żaden nie może się z nim równać.
Wszystko zaczęło się bardzo przyjemnie rankiem 16 padziernika 1829 roku, kiedy "Mermaid" wypłynęła z zatoki w Sydney, podšżajšc do zatoki Collier na północnym wybrzeżu Australii. Wiał łagodny wiatr, a słońce lniło na wierzchołkach przecinanych przez statek fal. Na pokładzie było osiemnastu krzepkich marynarzy, trzech pasażerów i kapitan Samuel Nolbrow, który stał przy sterze. Nie zdajšc sobie z tego sprawy, rozpoczynali podróż, która w historii wypraw morskich nie miała sobie równej.
W czwartym dniu po wypłynięciu z Sydney kapitan przekazał ster pierwszemu oficerowi i zszedł pod pokład na mały łyczek alkoholu ze skrzętnie zgromadzonych zapasów. Członkowie załogi porozchodzili się po pokładzie, gdyż nie mieli nic lepszego do roboty. Barometr nie zapowiadał w żaden sposób tego, co miało się wydarzyć. Wydawało się, że pogoda będzie ładna, a podróż minie bez przeszkód, aż na krótko przed godzinš czternastš statek został unieruchomiony przez ciszę morskš. Ciężkie, szare chmury zasłoniły tarczę słonecznš, zrobiło się ciemno.
Zaniepokojony lbezruchem, kapitan Nolbrow odstawił butelkę i zataczajšc się wrócił na pokład, gdzie zobaczył, jak wskazówka barometru gwałtownie opada. Na chwilę przed zapadnięciem ciemnoci skończyła się cisza i zerwał się gwałtowny wiatr, który wkrótce przeszedł w szalejšcy sztorm. "Mermaid" walczyła o życie, gdyż znalazła się w krętej Cieninie Torresa, wšskim kanale, który pochłonšł wiele statków i załóg.
Wysokie fale roztrzaskały dziób statku i wrzały wokół sternika, który dla bezpieczeństwa przywišzał się do masztu. Poprzez spazmatyczne błyski wiatła kapitan Nolbrow widział dostatecznie dużo, żeby zdać sobie sprawę, że walczy z szalejšcš burzš, a bitwa jest z góry przegrana. Wszyscy byli na pokładzie, kiedy olbrzymia fala cisnęła "Mermaid" o wierzchołek rafy i statek został rozłupany na pół niczym dojrzały melon, W kilka chwil póniej dwudziestu dwóch mężczyzn znalazło się w absolutnych ciemnociach.
Poród wzburzonego oceanu jedna tylko rzecz dawała im nadzieję: skalisty wierzchołek, który sterczał nad Wodš około stu metrów od tonšcego statku. I cud nad cudami - kiedy zajaniało znów wiatło dnia, dwadziecia dwie pary ršk trzymały się kurczowo skały. Nikt nie zginšł!
Trzy zimne, wilgotne dni i noce tkwili tam, właciwie nie majšc żadnych szans. Jednak co za zrzšdzenie losu, cieninš przepływała akurat barka "Swiftsure". Rozbitków dostrzeżono i zabrano na pokład.
Następnych pięć dni minęło spokojnie, dopóki "Swiftsure" nie zbliżyła się do wybrzeży Nowej gwinei. Wtedy to i ona stała się ofiarš fatum, które cišżyło na wyratowanych przez niš pasażerach. Bez żadnego ostrzeżenia potężny pršd, nie zaznaczony na mapach, porwał "Swiftsure" w swoje objęcia. Barka przechyliła się na burtę i rozbiła o skaliste wybrzeże. I tym razem wszyscy się uratowali!
Doczołgali się ostatkiem sił do plaży i nie minęło nawet pięć godzin, gdy byli ocaleni, tym razem przez szkuner "Governor Ready". Miał on na pokładzie trzydzieci dwie osoby, ale starczyło jako miejsca zarówno dla rozbitków z "Mermaid", jak i ,"Swiftsure". Szkuner popiesznie podniósł żagle i skierował się wzdłuż wybrzeża na... spotkanie z katastrofš. W trzy godziny po tym, jak rozbitkowie stanęli na jego pokładzie, "Governor Ready" stanšł w ogniu.
Ładunek stanowiło drewno budowlane, płomienie rozprzestrzeniły się więc gwałtownie i wydano rozkaz opuszczenia statku. Wszyscy obecni na pokładzie stłoczyli się w kruchych łodziach bez żadnego ekwipunku, Otaczały ich setki mil otwartych wód, poza utartymi szlakami żeglugowymi, Perspektywy ratunku były mizerne, lecz niewiarygodne szczęcie nie opuciło ich. Australijski kuter rzšdowy przypłynšł przypadkowo w te okolice i zabrał rozbitków. Znowu nie zginšł nikt.
Na pokładzie "Comet" słychać było głosy niezadowolenia. Załoga statku ratowniczego uważała, że na tłumie rozbitków cišży złowieszcze przeznaczenie, mimo wielkiego szczęcia, które raz po raz ocalało im życie. Dokładnie po tygodniu kuter "Comet" wpadł w niespodziewany szkwał, który złamał maszt, zerwał nadburcia, pozbawił go steru i wydał na łaskę żywiołów. Załoga weszła do jedynej nadajšcej się do użytku łodzi ratunkowej i czym prędzej odpłynęła od skazanego na zagładę statku, pozostawiajšc nie chcianych goci samym sobie.
Osiemnacie godzin nieszczęnicy trzymali się kurczowo wraku i odpędzali rekiny nim dotarł do nich statek pocztowy "Jupiter" i jeszcze raz wyrwał ich z paszczy morza. Kapitanowie zrobili zbiórkę i po raz czwarty okazało się, że mimo czterech katastrof wszyscy pozostali przy życiu!
Tej zadziwiajšcej historii towarzyszy jeszcze jeden osobliwy splot wydarzeń. Pasażerkš "Jupitera" była Starsza kobieta, Sarah Richey z Yorkshire, która płynęła do Australii w poszukiwaniu swojego syna Petera, zaginionego przed piętnastu laty. Odnalazła go niespodziewanie - był jednym z członków załogi "Mermaid", wyratowanej z morza przez "Jupitera".
autor: Thomas De Jean