Gdy meteoryt tunguski eksplodował tuż nad powierzchniš w bezludnej tajdze w pobliżu syberyjskiej rzeki Podkamienna Tunguska, położył pokotem milion drzew na obszarze 200 tys. ha. Gdyby nadleciał z kilkugodzinnym opónieniem - trafiłby prosto w Petersburg. Siła jego wybuchu wynosiła 10-15 megaton trotylu, czyli była tysišc razy większa niż bomby zrzuconej na Hiroszimę.
Natura tego obiektu do dzi pozostaje zagadkš, ale najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi, że był to kamienny meteoryt o rednicy zaledwie 30-50 m. Na tyle duży, że przedarł się niemal przez całš atmosferę. Dopiero tuż przy powierzchni Ziemi różnica cinień rozerwała go na drobne kawałki.
Kiedy możemy spodziewać się powtórki? W cišgu najbliższego tysišclecia - twierdzš naukowcy w na łamach najnowszego "Nature". Ich raport brzmi optymistycznie, bo według wczeniejszych opracowań na "powtórkę z Tunguski" nie powinnimy czekać dłużej niż sto-dwiecie lat. Trudno jednak spać całkiem spokojnie, bo z opracowania wynika również, że niemal każde stulecie powinno przeżyć swój "mini-Armageddon" - upadek meteorytu wyzwalajšcy energię równoważnš eksplozji megatony trotylu.
Te, co kršżš i szpiegujš Zespół pod kierunkiem Petera Browna z uniwersytetu stanowego Zachodniego Ontario zdobył informacje gromadzone przez wojskowe satelity armii amerykańskiej, które pilnujš ziemskich arsenałów. Wypatrujš one zarówno wiatła emitowanego przez silniki rakiet balistycznych, jak i błysków wybuchów jšdrowych. Niejako "przy okazji" okazało się też, że co roku notujš one dziesištki naturalnych eksplozji wywołanych przez ciała kosmiczne wpadajšce w atmosferę (już kilka razy te naturalne "pociski" omal nie wywołały trzeciej wojny wiatowej).
Północna Anglia. Tę dziurę w ziemi zrobił mały meteoryt. Na szczęcie, w nikogo nie trafił.
Fot. John Giles /AP Z jasnoci obserwowanego rozbłysku można obliczyć siłę eksplozji i oszacować rozmiar intruza. Między lutym 1994 a wrzeniem 2002 r. satelity zarejestrowały aż 300 takich naturalnych błysków. To już całkiem spora próbka, z której można wnioskować o naturze i statystyce obiektów zderzajšcych się z naszš planetš. Co więcej, ta statystyka obejmuje głównie ciała o rozmiarze od kilku do kilkunastu metrów. Takie, które do tej pory umykały uwadze astronomów, bo nie rejestrowały ich ani radary, ani teleskopy.
Kosmiczna kanonada Z badań Browna wynika, że nad naszymi głowami trwa prawdziwa kanonada. rednio raz w miesišcu w Ziemię uderza skalny odłamek wielkoci piłki nożnej, który wybucha w górnych warstwach atmosfery z siłš 300 ton trotylu. Raz w roku nad naszymi głowami rozrywa się kilkumetrowy głaz, a siła jego eksplozji odpowiada detonacji 5 kiloton trotylu. W każdym dziesięcioleciu na kursie Ziemi trafia się dziesięciometrowa planetoidka, która wybucha z siłš 50 kiloton (tyle majš typowe ładunki jšdrowe w arsenałach USA i Rosji).
- To potwierdza nasze obawy, że jestemy stale bombardowani przez meteoryty. Każda taka eksplozja może być pomylona z atakiem nuklearnym - komentuje dr Benny Peiser z uniwersytetu Johna Mooresa w Liverpoolu. - Mamy kolejne ostrzeżenie, żeby zaczšć ledzić niebo w poszukiwaniu tych niewielkich, ale potencjalnie niebezpiecznych intruzów - dodaje Peiser.
Opisany przez zespół Browna potęgowy wzrost siły rażenia wraz z jednoczesnš malejšcš częstociš takich uderzeń w dużym stopniu zgadza się z innymi statystykami. Takimi, które sš układane na podstawie obserwacji dużych, blisko przelatujšcych planetoid, a także obserwacji rozmiarów i liczby kraterów uderzeniowych na Księżycu.
Niestety dla bojaliwych, swe obliczenia naukowcy wykonywali przy założeniu, że satelity obserwowały eksplozje najczęciej spotykanych meteorytów kamiennych (należšcych do tzw. chondrytów). Statystyce umknęły jednak najprawdopodobniej dużo rzadziej spotykane meteoryty żelazne. Te za sš o wiele trwalsze od kamiennych i przy podobnych rozmiarach mogš poczynić większe zniszczenia (np. 12 lutego 1947 r. deszcz żelaznych odłamków spadł w górach wschodniej Syberii, pokrywajšc teren ok. 2 km kw. sieciš kilkuset ponadmetrowej rednicy kraterów, tak że grunt wyglšdał niczym szwajcarski ser). Na szczęcie większoć powierzchni naszej planety jest niezamieszkana. Jak już co na nas spadnie, to z dużym prawdopodobieństwem wylšduje w oceanie lub na Antarktydzie.
autor: Piotr Cieliński
źródło: Wyborcza - 22.11.2002