Jestem niezalogowany   zaloguj mnie   /   rekrutacja do Tajne.org


Mars się opłaca. Kronika futurologiczna
7 lutego 2004
Wiosna 2035. W pierwszej polskiej elektrowni jšdrowj nastšpił radioaktywny wyciek. Napromieniowaniu uległy cztery miliony osób. Poza falš artykułów w prasie, krytykujšcych fatalny stan zabezpieczeń w elektrowni, awarii nie poœwięcono większej uwagi. Promieniowanie jonizujšce nie zagraża już człowiekowi bardziej niż grypa. Panaceum znaleziono w czasie przygotowań do załogowego lotu na Marsa, które podjęto w 2004 roku, za czasów prezydenta USA George'a Busha

Rys. Piotr Socha

Jednš z największych przeszkód w podróży na Marsa okazało się promieniowanie kosmiczne - znacznie groŸniejsze, niż się wczeœniej wydawało.

Na Ziemi chroni nas przed nim atmosfera. Na niezbyt wysokich orbitach wokółziemskich jakie takie zabezpieczenie daje pole magnetyczne Ziemi, które wyłapuje rozpędzone elektrony i protony. Także w czasie krótkich lotów, np. na Księżyc, dawka pochłonięta przez astronautów nie jest aż tak duża, więc od biedy można ich wystawić na takie niebezpieczeństwo. Ale w czasie kilkuletniej wyprawy na Marsa nie sposób było zlekceważyć przenikliwego promieniowania hulajšcego w próżni, zwłaszcza tego, które pojawia się w czasie silnych rozbłysków na Słońcu.

Na poczštku 2004 roku prof. Zbigniew Zagórski z Instytutu Chemii i Techniki Jšdrowej mówił nam: „W zwišzku z planami Busha trzeba zwrócić uwagę na zagrożenie radiacyjne w przestrzeni kosmicznej, a także na powierzchni Marsa, które kwalifikuje trzyletniš misję załogowš jako samobójczš. Pisałem o tym w kraju i za granicš, a ostatnio »New York Times « przedstawił podobne poglšdy chemików i radiobiologów z laboratorium Brookhaven”.

Po alarmujšcych raportach radiobiologów amerykańska agencja kosmiczna NASA postanowiła zaradzić problemowi. Próbowano stosować odpowiednio grube osłony, które pochłonęłyby œmiertelne promieniowanie, ale były całkowicie nieopłacalne, bo zbytnio podnosiły ciężar statku kosmicznego. Usiłowano więc stworzyć wokół kabiny załogi osłonę magnetycznš. Niestety, masa urzšdzeń (elektromagnesy chłodzone ciekłym helem) również była spora, a ponadto nie było wiadomo, co robić w razie awarii takiego systemu.

Najlepszym rozwišzaniem okazały się dopiero nanokapsułki o rozmiarze miliardowej częœci metra, które - wprowadzone do organizmu astronauty - potrafiły same znaleŸć uszkodzone przez promieniowanie komórki, a potem naprawić je lub zniszczyć, by nie rozwinęły się w tkankę rakowš.

Nanokapsułki szybko zaczęły być stosowane na szerokš skalę na Ziemi. Profilaktycznie, jak szczepionki ochronne, sš podawane wszystkim tym, którzy mogš być narażeni na promieniowanie, np. mieszkajš w okolicach elektrowni jšdrowej.

Ile w tym fantazji?

W powyższym scenariuszu nie wszystko jest naukowš fikcjš. Prawdziwe sš obawy prof. Zagórskiego i innych radiobiologów. Faktem jest także, że amerykańska agencja kosmiczna NASA prowadzi prace nad nanokapsułkami - agentami do zadań specjalnych w ludzkim organizmie.

Wyprawa na Marsa z pewnoœciš będzie wymagała przełomu w medycynie. Długotrwałe przebywanie w stanie nieważkoœci powoduje problemy z naczyniami sercowymi, odwapnienie i demineralizację koœci i ogólne pogorszenie sprawnoœci mięœni spowodowane brakiem ruchu i siły cišżenia. Wpływa też niekorzystnie na układ odpornoœciowy człowieka. Te efekty udokumentowano w czasie eksperymentów na orbitalnej stacji Skylab, gdzie astronauci przebywali przez trzy miesišce, a także na stacji Mir, gdzie rosyjscy kosmonauci pracowali nawet ponad rok.

Niektórym z tych dolegliwoœci próbowano zapobiec poprzez intensywne ćwiczenia fizyczne, lekarstwa albo elastyczne kombinezony zmuszajšce ciało do wysiłku podczas wykonywania najprostszych ruchów. Mimo to częstym obrazkiem po powrocie na Ziemię z kosmosu jest widok astronauty wynoszonego z kapsuły na noszach.

Po półrocznej podróży i lšdowaniu na Marsie astronauci nie spotkajš tam jednak asysty lekarskiej. Będš musieli stanšć na nogach o własnych siłach - na nowo przyzwyczaić się do siły cišżenia, choć na Marsie jest ona około trzech razy mniejsza niż na Ziemi. Dlatego niektórzy proponujš, by we wnętrzu statku wytworzyć sztucznš grawitację i uniknšć problemów zdrowotnych.

Na pokładzie powinny też znaleŸć się miniaturowe instrumenty medyczne (aparaty rentgenowskie, maszyny do skanowania mózgu i serca) do monitorowania stanu zdrowia astronautów. Kontakt z Ziemiš będzie utrudniony, gdyż przy największym oddaleniu Ziemi i Marsa sygnał radiowy leci w obie strony ponad 40 minut. Konieczny będzie komputerowy lekarz - tj. program oparty na sztucznej inteligencji, który szybko postawi diagnozę. NASA opracowuje również programy pomocy psychiatrycznej, bo w czasie długiej podróży w zamkniętej, ciasnej kapsule statku kosmicznego każdy może stracić zmysły. Misja potrwa od 20 do 30 miesięcy. W tym czasie stres, niepokój i ograniczona przestrzeń poddadzš nerwy astronautów ciężkiej próbie.

Potwierdziły to obserwacje załóg okrętów podwodnych, baz na Antarktydzie, kosmonautów na stacji Mir. Zazwyczaj spokojni ludzie stajš się tam kłębkiem nerwów, wybuchajš gniewem przy najmniejszej okazji. W 1997 roku na Mirze bliski załamania był kapitan Wasilij Cyblijew. Nerwy nadszarpnęły mu liczne awarie urzšdzeń pokładowych i komputerów - psuły się generatory tlenu, spadało napięcie, przeciekał system chłodzenia. Kiedy w dodatku w Mira uderzył i przedziurawił jeden z modułów bezzałogowy statek Progress, który dowoził zapasy, Cyblijew zaczšł skarżyć się na serce. Spostrzeżono, że kapitan Mira jest wyczerpany, bliski depresji. Dzięki bliskiemu i cišgłemu kontaktowi z centrum kontroli lotów sytuację udało się opanować.

Na Marsie w krytycznej sytuacji znikšd nie będzie pomocy. Centrum kontroli lotów odezwie się po 40 minutach, a wtedy może być już za póŸno. Komputerowi psychiatrzy, interniœci, okuliœci etc. mogš się zatem bardzo przydać. A potem zrewolucjonizować służbę zdrowia na Ziemi - zawędrować do szkół, zakładów pracy albo "prowadzić praktykę" przez internet.

Lato 2135

W tym sezonie rekordowš liczbę turystów przyjšł Srebrny Glob. Hotele pękały w szwach, rezerwacje były wykupione na pół roku do przodu.

Oczywiœcie, najbardziej rozchwytywane były miejsca po stronie widocznej z Ziemi. Każdy chciał, by za oknem kabiny rozpoœcierał się widok na niebiesko-biały ziemski glob. Ale nie brakowało też takich, którzy - mimo zakazów - zapędzali się na niewidocznš stronę Srebrnego Globu, zakłócajšc pracę tamtejszych teleskopów (co wywołało oficjalny protest naukowców, krzywo patrzšcych na komercjalizację Księżyca).

Choć ceny noclegów księżycowych wzrosły, bilety na przejazd z Ziemi i z powrotem bardzo staniały. Stanowiš równowartoœć jednej dziesištej œredniej pensji. Powodem jest ponowne uruchomienie - po rocznej konserwacji - wind, które wynoszš ludzi z powierzchni na orbitę ziemskš i księżycowš. Windy zastšpiły niegdyœ drogie i zawodne rakiety, przeżytek z pionierskich czasów podboju kosmosu.

Kiedy prezydent Bush ogłosił przełomowš strategię podboju kosmosu, podstawowym œrodkiem transportu dla ludzi były amerykańskie promy kosmiczne i rosyjskie rakiety Sojuz. Mogły one dŸwignšć ludzi tylko na wysokoœć orbity ziemskiej. O lotach dalej nie było mowy. Wysłużone promy po 2010 roku przeszły na emeryturę, a Amerykanie skonstruowali na ich bazie nowš rakietę oraz nowy statek - podobny do statku Apollo z czasów pierwszego lotu na Księżyc. Dzięki niemu ponownie stanęli na Srebrnym Globie w 2015 roku.

Tam planowali założyć bazę do testowania sprzętu i technologii do dalszych podbojów.

Miał to być też wygodny punkt startowy dla statków dalekiego zasięgu. Aby oderwać się od Księżyca, trzeba bowiem 20 razy mniej energii niż w przypadku startu z Ziemi. Oczywiœcie kluczem do istnienia takiej bazy była wygodna i tania komunikacja z Ziemiš.

Wtedy to właœnie pojawiła się koncepcja kosmicznej windy.

Na pomysł wpadł jeszcze w latach 60. XX wieku rosyjski inżynier Jurij Arcutanow, który zauważył, że możliwe jest przecišgnięcie kabla pomiędzy satelitš na orbicie geostacjonarnej a punktem na ziemskim równiku, nad którym taki satelita nieruchomo wisi. Kiedy się już tego dokona, wystarczy stopniowo wzmacniać kabel, aż będzie dostatecznie wytrzymały, by unieœć ładunki lub... windę z ludŸmi.

Ponad 90 proc. pracy koniecznej do oderwania się od Ziemi byłoby wykonywane kosztem niewielkiej energii elektrycznej, a loty na orbitę potaniałyby tysišce razy.

Kłopot w tym, że orbita geostacjonarna leży 36 tys. km nad powierzchniš Ziemi. Trzeba było znaleŸć materiał na tyle mocny, by nie zerwał się pod własnym ciężarem, zwisajšc z takiej wysokoœci. Ale po latach poszukiwań laboratoria znalazły supermateriał - podobny w strukturze do węglowych nanorurek o niezwykłej wytrzymałoœci, znanych już od lat 90. XX wieku.

Budowa wind - na Ziemi, a potem na Księżycu - ruszyła pełnš parš.

Ile w tym fantazji?

Bush naprawdę planuje uczynić z Księżyca w cišgu 10-15 lat poligon doœwiadczalny dla dalszych wojaży. Naukowcy chcieliby umieœcić tam (po niewidocznej stronie) swoje teleskopy, którym nie przeszkadzałaby atmosfera, a także radioteleskopy, które byłyby oddalone od zgiełku panujšcego w ziemskim eterze. Arcutanow rzeczywiœcie wymyœlił windy orbitalne, a co więcej - w 2003 roku pojawiło się kilka opracowań, z których wynika, że technicznie można jego pomysł zaczšć już realizować. Potrzeba jest matkš wynalazku. - Żeby wysłać ludzi na Marsa, trzeba stworzyć całš gamę technologii, poczšwszy od rakiet, statku kosmicznego, nawigacji, łšcznoœci, energii, miękkiego lšdowania - podkreœla dziœ dr Witold Sokołowski. Ten inżynier pracuje w Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie nad nowoczesnymi, "myœlšcymi" materiałami, które majš wbudowane obwody scalone i potrafiš na przykład same zmieniać kształt w reakcji na warunki zewnętrzne. Jednym z takich materiałów, którym interesuje się teraz dr Sokołowski, jest membrana, z której być może w przyszłoœci będzie zbudowany słoneczny żagiel - napęd statków kosmicznych kursujšcych z orbity Ziemi na orbitę Księżyca lub Marsa. Żagiel będzie poruszany ciœnieniem œwiatła słonecznego.

Inteligentne materiały z pewnoœciš pojawiš się w życiu codziennym ludzi. Już dziœ armia testuje ubrania, które potrafiš wykryć u żołnierza ranę, a także zdiagnozować stan jego zdrowia. W przyszłoœci koszula (jak zawsze najbliższa ciału) może pełnić rolę lekarza pierwszego kontaktu. Sygnalizować np., że czas już odpoczšć, bo serce jest zbytnio przeforsowane.

Jesień 2235

"Kurier Marsjański", najpoczytniejsza gazeta na Marsie, opublikował dziœ historyczne rozporzšdzenie gubernatora planety o zniesieniu podatku od... oddychania. Tego dnia również gubernator publicznie wychodzi na otwartš przestrzeń spod ochronnej kopuły otaczajšcej miasto bez ucišżliwego próżniowego skafandra. Atmosfera planety stała się już na tyle gęsta, że organizm ludzki wytrzymuje jej niskie ciœnienie. Panujš podobne warunki jak na macierzystej Ziemi wysoko w górach. W powietrzu nie ma wprawdzie jeszcze wystarczajšcej iloœci tlenu, by swobodnie oddychać, ale wystarczy mieć na twarzy zwykłš maskę, a na plecach butlę z gazem.

Fala zieleni zaczyna pokrywać Czerwonš Planetę, poczynajšc od okolic równikowych. Sš to głównie mchy i porosty, wytrzymujšce surowe i ciężkie warunki, ale gdzieniegdzie przyjmujš się już zalšżki pierwszych sosen. Zielone roœliny uwalniajš tlen do atmosfery. Ten proces przekroczył już masę krytycznš. To dlatego tlen nie jest już na Marsie towarem luksusowym i został zniesiony podatek.

Ponad dwa wieki przedtem, kiedy Ameryka dopiero planowała swš pierwszš wyprawę na Marsa, była to zupełnie inna planeta - pustynno-lodowa, bez grama tlenu w atmosferze (tylko sam duszšcy dwutlenek węgla). Ciœnienie ponad sto razy mniejsze niż na Ziemi spowodowałoby natychmiastowe wrzenie płynów fizjologicznych w organizmie œmiałka, który by się odważył wylšdować tam bez skafandra. No i ten przenikliwy mróz - od minus 80 stopni w nocy do minus 15 w dzień, i to na równiku.

Pierwsi badacze wkrótce po lšdowaniu zakładali pierwsze, niewielkie zielone "ogrody" - w nadmuchiwanych, przezroczystych kopułach, które były podtrzymywane ciœnieniem wewnętrznym. Z czasem rozrosły się one tak, że zaczęły mieœcić pod sobš osady i miasta. Efektem hodowli roœlin była żywnoœć i tlen.

Potem naukowcy rozpoczęli wielki eksperyment majšcy na celu zmianę œrodowiska całej planety, tzw. terraformację. Stopniowo zagęœcili atmosferę poprzez topienie marsjańskich czap polarnych złożonych ze zmrożonego dwutlenku węgla. Dzięki temu ten gaz został uwolniony do atmosfery i zwiększył jej ciœnienie o kilkadziesišt procent. Dzieła dokonali poprzez umieszczenie nad biegunami olbrzymich luster, które skupiały promienie słoneczne, a także posypujšc lód sproszkowanym węglem (wydobywanym na pobliskim czarnym marsjańskim księżycu - Fobosie). Czarny węgiel absorbował ciepło promieni słonecznych, które topiło lód.

Dwutlenek węgla z obszarów podbiegunowych nie tylko zagęœcił atmosferę, ale też zadziałał jak gaz cieplarniany i doprowadził do wzrostu temperatury na Marsie. To z kolei uwolniło dwutlenek węgla uwięziony w glebie. Uruchomił się samonapędzajšcy mechanizm: im było cieplej, tym więcej dwutlenku węgla przenikało do atmosfery, a im grubsza była atmosfera, tym było cieplej.

Zaczęła topić się wieczna zmarzlina, a w niżej położonych obszarach pojawiły się pierwsze okresowe zbiorniki wody i strumienie. Szron nie pokrywa już gruntu, niebo zbłękitniało, jak na Ziemi.

Teraz naukowcy zaczęli już rysować nowš mapę Marsa, zaznaczajšc obszary, które w przyszłoœci zalejš jeziora i morza. Przewidujš też, że w cišgu najbliższych kilkuset lat planeta zmieni się z suchej i mroŸnej w wilgotnš i ciepłš. Jeœli oczywiœcie proces się nie cofnie, która to ewentualnoœć wywołuje gwałtowne dyskusje w œrodowisku osadników marsjańskich. Program zazielenienia Czerwonej Planety rozpisany jest na prawie 1000 lat. Po tym czasie potomkowie pierwszych kolonizatorów Marsa powinni już swobodnie spacerować poza ochronnymi konstrukcjami baz, bez skafandra i bez maski tlenowej, majšc przed sobš krajobraz, który jako żywo będzie przypominał Ziemię.

Ile w tym fantazji?

Powyższa wizja może wydawać się nieco naiwna. Ale ma jak najbardziej naukowe podstawy. Pamiętajmy, że gdy Ziemia powstała, w jej atmosferze nie było tlenu, tylko dwutlenek węgla i azot. Dopiero potem pojawiły się organizmy zdolne do przeprowadzania fotosyntezy, dzięki którym pojawił się w ziemskim powietrzu tlen. Ziemia zmieniła się w sposób naturalny - a więc jest to możliwe w przypadku Marsa.

W 1991 roku w "Nature" ukazała się praca zatytułowana "Uczynienie Marsa zamieszkanym". Autorzy, Christopher McKay, Owen Toon i James Kasting, opisujš krok po kroku, jak doprowadzić do tego, by na Marsie przetrwały zmodyfikowane genetycznie bakterie i roœliny, a dużo póŸniej także zwierzęta. Proponujš m.in. wpuszczenie do atmosfery gazów silnie cieplarnianych, np. zwišzków chlorofluoru, by przyspieszyć efekt cieplarniany. Oceniajš, że skala czasowa takiego przysposobienia planety do życia wahałaby się od kilku wieków do 100 tys. lat.

Mars jest jedynš planetš, dla której istniejš realne plany kolonizacji. Sš tam wszystkie bogactwa naturalne konieczne do rozwoju cywilizacji - zasoby węgla, azotu, wodoru i tlenu, które będš podstawš do produkcji żywnoœci, tworzyw sztucznych, drewna, ubrań, paliwa rakietowego. Można się spodziewać, że podobnie jak na Ziemi pod powierzchniš znajdziemy bogate rudy minerałów.

Taka inżynieria w skali planetarnej nie tylko pomoże potomkom pierwszych marsjańskich osadników. Doœwiadczenia w manipulowania klimatem Marsa mogš przydać się na Ziemi w odwrotnym celu - żeby zahamować globalne ocieplenie. Można sobie wyobrazić, że opracowane zostanš mechanizmy kontrolujšce globalne zmiany klimatyczne. Słowem, nasza rodzima planeta zacznie przypominać pomieszczenie klimatyzowane, w którym można optymalnie regulować temperaturę i wilgotnoœć. Kapryœna pogoda nie będzie już zaskakiwała rolników ani turystów. Katastrofalne huragany, powodzie i susze zostanš opanowane.

Jest też inna korzyœć z terraformacji Marsa. Takie wielkie zadanie przerasta siły i zasoby pojedynczego państwa. Wymaga współpracy międzynarodowej, ponad podziałami. - Wyjœcie ludzkoœci w kosmos jest niezbędne dla rozwoju cywilizacji i przetrwania gatunku ludzkiego - podkreœla Zenon Kulpa, członek zarzšdu Polskiego Towarzystwa Astronautycznego i współzałożyciel Towarzystwa Marsjańskiego.

Zima 2004

Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush zapowiada: "Zbudujemy nowe statki, które zaniosš ludzi dalej w kosmos, by odcisnęli nowe œlady stóp na Księżycu i przygotowali się do nowych podróży do jeszcze dalszych œwiatów". Jego program spotyka się z doœć chłodnym przyjęciem w Ameryce, głównie z powodu spodziewanych ogromnych kosztów.

- Kosmos nie jest wart tego, by doprowadzić kraj do bankructwa - mówi Howard Dean, jeden z kandydatów na prezydenta USA w przyszłych wyborach. Jego słowa natychmiast obiegajš cały kraj, w cišgu kilku minut transmitujš je niemal wszystkie dzienniki telewizyjne. Oczywiœcie za pomocš satelitów telekomunikacyjnych umieszczanych na orbicie przez rakiety kosmiczne.

W sondażach opinii publicznej prawie połowa Amerykanów jest przeciwna rozszerzaniu badań w kosmosie. Większoœć, gdyby miała wybór, wydałaby dodatkowe pienišdze na edukację czy ochronę zdrowia. - Jak można wydawać miliardy na kosmos, kiedy w moim miasteczku we wszystkich szkołach przeciekajš dachy - mówi Dallas Hodgins, emerytowany nauczyciel akademicki ze stanu Michigan. Niemal codziennie z rana jednak przygotowuje sobie jajecznicę na patelni pokrytej teflonem, który został rozpowszechniony w czasie lotów Apollo. Lubi też nosić ciepłe ubranie z polaru albo oddychajšcego goreteksu. Na ręku nosi zegarek kwarcowy. Goli się maszynkš z ostrzami, które sš pokryte twardymi warstwami węglowymi. Używa też w garażu lekkich, bezprzewodowych narzędzi - wiertarki, wkrętarki i odkurzacza. Wszystkie te wynalazki były najpierw potrzebne astronautom.

Wyprawie na Księżyc zawdzięczamy też rozruszniki serca, pompy do wstrzykiwania insuliny, nowe materiały ognioodporne, manipulatory dla ludzi niepełnosprawnych, łożyska bezsmarowe, powłoki antykorozyjne, urzšdzenia do detekcji ukrytych uszkodzeń bez ingerencji w strukturę materiału, metalizowane folie, specjalne stopy i stale, w tym stal chirurgicznš, zminiaturyzowane urzšdzenia umożliwiajšce łatwe dokonywanie podstawowych analiz krwi, moczu, serca (m.in. kardiofon - do badania akcji serca i przesyłania danych do znajdujšcego się daleko lekarza).

Odpryskiem lotów kosmicznych sš też programy do cyfrowego przetwarzania obrazów. Stworzono je w czasie misji Apollo, aby wydobyć jak najwięcej informacji ze zdjęć Księżyca. A dziœ ta technologia znalazła m.in. zastosowanie w szpitalach całego œwiata - w tomografii komputerowej i radiografii, gdzie analizuje się obrazy wnętrza ciała.

Trudno być prorokiem i przewidzieć przyszłe korzyœci płynšce z podboju kosmosu. Ale łatwo jest się omylić. Tak jak amerykański astronom William Pickering, który w czasach, kiedy bracia Wright podrywali pierwszš maszynę w powietrze, mówił: "WyobraŸnia podsuwa prostym umysłom wizje olbrzymich machin latajšcych, mknšcych przez Atlantyk z niezliczonymi pasażerami na podobieństwo naszych współczesnych parowców... Wydaje się, że bezpiecznie można stwierdzić, iż idee te sš czystym wizjonerstwem. Jeœli nawet machina zdoła przelecieć nad oceanem z jednym czy dwoma pasażerami, koszt takiej podróży będzie zbyt wielki dla każdego oprócz kapitalisty, którego stać na własny jacht".

Ile w tym fantazji?

Nie ma ani odrobiny przesady w wyliczance (mocno niepełnej!) kosmicznych wynalazków uprzyjemniajšcych nam życie. Jedno jest tylko trochę przesadzone. Na razie wcale nie wydaje się, by plany Bu- sha mogły zrujnować amerykańskš gospodarkę. Prezydent na poczštek chce dać NASA dodatkowo jedynie miliard dolarów. Kolejne 11 miliardów ma być wygospodarowane w cišgu pięciu lat z obecnego bud-żetu agencji poprzez obcięcie jej wydatków na inne cele.

Eksperci krytykujš właœnie ten doœć mizerny poziom finansowania, przy którym próba podboju Księżyca i Marsa może okazać się czystš fantazjš. Czy majš rację?

Na program Apollo wydano w cišgu dziesięciu lat blisko 130 mld dolarów (w dzisiejszych cenach). Teraz powrót na Księżyc powinien być trochę tańszy, bo mamy doœwiadczenie i sprawdzone technologie. Najprawdopodobniej NASA zastšpi swe promy kosmiczne statkiem "oldskulowym", który będzie po prostu unowoczeœnionš kopiš statku Apollo. Ale budowa zamieszkanej bazy na Srebrnym Globie będzie wymagała dużo większej liczby lotów i nowych rozwišzań. Najskromniejszy zaœ scenariusz lotu na Marsa - przygotowany przez Roberta Zubrina i Davida Bakera z firmy Martin Marietta - przewiduje wydatek rzędu 40 mld dolarów. Pesymiœci mówiš nawet o bilionie dolarów.

Z drugiej strony Bush popełniłby polityczne samobójstwo, gdyby zaplanował tak dramatyczne zwiększenie wydatków. Taki plan od razu przepadłby w Kongresie - podobnie jak œmiały plan lotu na Marsa, który ogłosił w 1989 rok jego ojciec, prezydent Bush senior. Rozsšdek nakazuje iœć do celu małymi krokami, które mogš być zrealizowane. Ale czy NASA da sobie radę?

- Amerykańska agencja kosmiczna NASA była dotšd jak stary mistrz olimpijski, który nie ma konkurencji, nie musi się więc wysilać ani bić rekordów, żeby wykazać wyższoœć - mówi Witold Sokołowski. - Prezydent USA podniósł poprzeczkę, a NASA będzie musiała się dobrze napracować, użyć swych wszelkich rezerw technicznych i intelektualnych, żeby jš przeskoczyć.

Stary mistrz będzie musiał się przebudzić. NASA najlepiej sprawdza się wtedy, kiedy ma przed sobš bardzo ambitny cel, niemal na granicy możliwoœci technologicznych.

*Korzystałem ze "Œniegów Olimpu" Artura C. Clarke'a, wyd. Prószyński i S-ka, 1997, a także serwisu internetowego space.com

autor: Piotr Cieœliński
źródło: Wyborcza - 25.01.2004 - Duzy format