Start z Ziemi: odrzucenie osłon i ostatni człon rakiety pcha sondę w długš podróż
Fot. NASADo Czerwonej Planety zbliża się teraz prawdziwa armada - aż trzy sondy (do niedawna na czele tej grupy była czwarta - japońska Nozomi, ale 10 dni temu nie zdołała wejć na orbitę planety). Od kilku lat kršżš nad Marsem dwie inne sondy. Takiego tłoku nie było w przestrzeni pozaziemskiej nawet w goršcym okresie wycigu na Księżyc. Ale też okazja jest wyborna. Mars zbliżył się do Ziemi na najmniejszš odległoć od 60 tys. lat.
Mechaniczny kret i dwa żółwie W cišgu najbliższych tygodni trzy lšdowniki spróbujš osišć na powierzchni planety. Pierwszy będzie filigranowy 60-kilogramowy Beagle-2. Oderwie się od europejskiej sondy Mars Express, zanim jeszcze ta zaparkuje na orbicie planety, i dokładnie w Boże Narodzenie spadnie na równinę Isidis Planitia. Beagle-2 będzie nieruchomš stacjš, rozłoży baterie słoneczne jak płatki tulipana i będzie badać marsjański grunt za pomocš kreta, którym może wwiercić się na głębokoć 1,5 metra.
4 stycznia zaplanowano lšdowanie amerykańskiego próbnika na dnie krateru Guseva. Będzie to szeciokołowy pojazd wielkoci meleksa, nazwany Spirit, zdalnie sterowany z Ziemi. - Podobny do olbrzymiego żółwia z Galapagos, waży mniej więcej tyle samo i będzie się poruszał podobnie lamazarnie - tłumaczy Steve Squyres z Cornell University, naukowy opiekun misji.
Za 25 stycznia przybędzie bliniaczy mechaniczny "żółw", o imieniu Opportunity. Celuje w równinę Meridiani po drugiej stronie planety.
Po szeciomiesięcznym rejsie lšdowanie, czyli 6-minutowy horror
Fot. NASAGdyby te trzy misje się powiodły, to liczba udanych lšdowań na Marsie z miejsca uległaby podwojeniu. Mars nauczył jednak pokory speców od nawigacji kosmicznej. Ponad połowa misji nie zdołała nawet dotrzeć w pobliże planety, a ponad dwie trzecie lšdowań skończyło się niepowodzeniem. Szczególnego pecha mieli Rosjanie, którzy nie osadzili na planecie ani jednego lšdownika, choć próbowali szeć razy, a wczeniej poradzili sobie nawet z Wenus, gdzie panuje piekielne cinienie i temperatura. Raz prawie im się udało - Mars-3 dotarł do powierzchni, ale nadawał z niej tylko przez 20 sekund, przesyłajšc strzęp niewyranego zdjęcia.
- Trudno dolecieć do Marsa, ale jeszcze trudniej tam wylšdować - mówi Ed Weiler, jeden z dyrektorów agencji kosmicznej NASA. - Wystarczy kilkusekundowy, huraganowy podmuch wiatru w ostatniej fazie lotu, a statki będš stracone.
Ostra jazda pod spadochronem i 15 metrów nad Marsem hamowanie rakietkami
Fot. NASAAmerykanie po cichu wštpiš, czy Beagle-2 przeżyje. Europejska Agencja Kosmiczna nigdy jeszcze nie próbowała lšdować na innej planecie. Weiler boi się też o swoje statki, choć Amerykanie zdołali już posadzić na Czerwonej Planecie dwa bliniacze Vikingi w 1976 roku, a potem Pathfindera w 1997 roku. Ale też przeżyli gorycz porażki - cztery lata temu przepadł ich lšdownik Mars Polar Lander. Prawdopodobnie się roztrzaskał. Pewnoci nie ma, bo od momentu lšdowania nie dał znaku życia.
Spadnš jak jajko z wieży Mózgiem amerykańskiego programu podboju Marsa (jak i innych planet) jest kalifornijskie Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie, gdzie pracuje ponad 5,5 tys. osób. Tam można wcišż spotkać inżynierów, którzy pamiętajš jeszcze marsjańskie misje Marinerów sprzed ponad 30 lat. - Nie zawsze jednak bagaż starych dowiadczeń jest pomocny - twierdzi Gentry Lee, członek starej ekipy przygotowujšcej Vikingi ("Niektórzy dziwiš się, że jeszcze nie umarłem"). Vikingi budowano olbrzymim kosztem - w przeliczeniu na dzisiejsze pienišdze kosztowały ponad 3 mld dol. Inżynierowie mieli wtedy doć pieniędzy, a także czasu (bo misja opóniła się o dwa lata), by przetestować mnóstwo różnych technicznych rozwišzań. Dzi żaden projekt planetarny nie dostanie takiego budżetu.
Zderzenie z powierzchniš. Wielometrowe skoki. Byle się zatrzymać i nie pęknšć
Fot. NASAPathfinder dowiódł, że sš możliwe dużo tańsze bilety na Marsa. Jego misja kosztowała jedynie ćwierć miliarda dolarów (to naprawdę niewiele, więcej pochłonęła produkcja filmu "Titanic" w sšsiednim Hollywood - podkrelajš w Pasadenie). Ale drogie, choć sprawdzone rozwišzania z Vikinga nie na wiele się tu przydały. Trzeba było niemal wszystko wymylać i robić od poczštku.
Vikingi używały silników, których skierowane w dół dysze tworzyły cišg przeciwny sile cišżenia. Łagodnie i miękko dotknęły gruntu. Pathfinder jak kamień spadł na powierzchnię, a upadek amortyzowały poduszki powietrzne, które się w ostatniej chwili nadmuchały i szczelnie go opatuliły.
Nie był to oryginalny pomysł Amerykanów. - Rosjanie już wczeniej stosowali poduszki. Mieli lšdować w ten sposób na Wenus, a podobno też nawet na Księżycu, choć w tym ostatnim przypadku jestemy sceptyczni, czy rzeczywicie im się udało - mówiš na korytarzach Laboratorium Napędu Odrzutowego.
- Wbrew pozorom to bardzo bezpieczny sposób dostarczania ładunku z przestrzeni kosmicznej na powierzchnię planety - wyjania mi Steve Squyres. - W moim ulubionym muzeum nauki od lat przeprowadzany jest konkurs, w którym trzeba wymylić, jak zrzucić surowe jajko z wysokiej wieży, żeby się nie rozbiło. Zauważyłem, że najbardziej skuteczne i niezawodne sš najprostsze metody polegajšce na otoczeniu jajka czym miękkim.
Beagle-2
Fot. NASAI taki też scenariusz lšdowania przewidujš tegoroczne misje marsjańskie. Zarówno Beagle-2, Spirit, jak i Opportunity zapożyczyły od Pathfindera poduszki powietrzne.
Dlaczego szukamy pod latarnišW czasie półrocznej podróży na Marsa lšdowniki były zamknięte w specjalnej kapsule żaroodpornej. Ona będzie chronić je podczas pierwszej fazy lotu, kiedy wpadnš w atmosferę z prędkociš ponad 5,4 km/s. Prędkoć zostanie wyhamowana najpierw tarciem powietrza, a potem spadochronem, którego zadaniem jest też pionowa stabilizacja lotu. Atmosfera Czerwonej Planety jest tak cienka i rozrzedzona, że nawet spadochron nie zatrzyma rozpędzonych próbników. 15 metrów nad gruntem zostanš więc odpalone rakietki hamujšce, które zastopujš lot próbnika, ale tylko na moment, by napełniły się poduszki powietrzne. Dłużej już niepotrzebny spadochron zostanie odrzucony, a próbnik wtulony w poduszki spadnie na powierzchnię. W pierwszym odbiciu na swych amortyzatorach może podskoczyć na wysokoć mniej więcej czwartego piętra. Będzie skakał po Marsie niczym wielka plażowa piłka, może przekoziołkować około kilometra, nim się zatrzyma.
Jeli jednak w chwili odpalenia rakietek spadochron nie będzie zwisał pionowo, bo np. zostanie przechylony gwałtownym podmuchem wiatru, to siła odrzutu nie wyhamuje prędkoci, lecz tylko zmieni jej kierunek. Poduszki mogš nie wytrzymać wielkiej siły zderzenia z gruntem.
Tak wyglšdały zapewne pierwsze chwile sondy "Spirit" na Marsie
Fot. NASANiebezpieczeństw czyha zresztš więcej. Lšdownik może stoczyć się w dół stromej skarpy, wpać w przepać albo trafić na pole ostro najeżonych skał, które rozprujš powłokę poduszek (choć zrobiona jest z tworzywa dwa razy wytrzymalszego niż kamizelki kuloodporne). Tak się zdarzało w testach przeprowadzanych w największej komorze próżniowej NASA w pobliżu Cleveland, gdzie inżynierowie specjalnie przywieli ze sobš z Kalifornii różnego typu skały wulkaniczne (jakich nie ma w okolicach Cleveland), by w miarę wiernie odtworzyć marsjańskie rodowisko.
Nie ma możliwoci sterowania lotem, by w ostatniej chwili ominšć gronš rafę. Dlatego przez ponad dwa lata niezwykle starannie wybierano miejsca lšdowania, posługujšc się fotografiami i pomiarami prowadzonymi przez sondy kršżšce już na orbicie planety. Potencjalne lšdowiska musiały spełnić wiele warunków:
Leżeć na nizinach, żeby próbniki miały dostatecznie dużo czasu na wyhamowanie lotu w atmosferze. Tym warunkiem Steve Squyres był szczerze zmartwiony, bo trzeba było zrezygnować z wyżyny Tharsis, gdzie znajdujš się olbrzymie marsjańskie wulkany, które być może jeszcze dzi sš ródłem podskórnego ciepła.
Być płaskie, żeby próbnik nie staczał się w dół zbocza z coraz większš prędkociš (ale jak znaleć całkiem płaskie tereny w pooranym kanionami i podziobanym kraterami marsjańskim krajobrazie?).
Nie zawierać zbyt dużo głazów i kamieni, żeby nie rozerwały poduszek i nie tarasowały drogi pojazdom (kłopot w tym, że trudno z wysokoci orbity dostrzec, czy kamieni jest dużo i czy sš ostre).
Nie leżeć dalej niż 25 stopni na północ lub południe od równika, żeby zapewnić dostatecznie dużo słonecznego wiatła dla baterii słonecznych (to wykluczało obszary podbiegunowe, gdzie - jak się podejrzewa - zalega wieczna zmarzlina od czasu do czasu topniejšca).
Nie mieć grubej warstwy pyłu, bo będzie on zakrywał ogniwa słoneczne; może też przysypać pojazdy lub utrudnić im dostęp do skał.
Nie leżeć w wietrznej okolicy, by nagły podmuch nie zachwiał spadochronem podczas lšdowania. To wykluczyło malowniczš rozpadlinę Melas Chasma w gigantycznych kanionach Valles Marineris, gdzie wiejš zbyt silne wiatry.
A cel badawczy misji? Niestety, był uwzględniany na samym końcu. - To oczywiste, że jeli nie wylšdujemy bezpiecznie na powierzchni Czerwonej Planety, to i tak niczego nie zbadamy - tłumaczy Mat Golombek, odpowiedzialny za wybór właciwego lšdowiska.
Na razie więc zabieramy się do eksploracji planety nie tam, gdzie spodziewamy się co znaleć, ale tam, gdzie potrafimy wylšdować. Trochę jak w dowcipie o szukaniu zguby pod latarniš, bo pod niš jest najjaniej. Ale włanie, czego w ogóle szukamy na Marsie? Skšd ten pęd do badania i tłok wokół tej planety?
Powód od ponad stulecia jest ten sam. Spodziewamy się znaleć tam życie.
Krwiożerczy Marsjanie Długo wierzylimy, że będzie to życie inteligentne. Wielu astronomów zapewniało, że kanały - po raz pierwszy dostrzeżone na Marsie w 1877 roku przez Giovanniego Schiaparellego - muszš być tworem wysoko rozwiniętej cywilizacji.
W roku 1922 i 1924, w czasie kolejnych zbliżeń Marsa do Ziemi (następujš co 26 miesięcy), rzšd USA poprosił stacje radiowe o całkowitš ciszę w eterze, by można było usłyszeć sygnały z planety. Wszelkie nadajniki, nawet wojskowe, zamilkły na kilka dni (dzi taka akcja byłaby nie do pomylenia), ale Mars również milczał. W 1938 roku słuchowisko radia CBS "Wojna wiatów" - opowiadajšce w formie realistycznych komunikatów radiowych o inwazji morderczych Marsjan, którzy wylšdowali koło Princeton - wywołało prawdziwš panikę w USA. Wprawdzie autor i lektor słynnej adaptacji, 23-letni Orson Welles, zakończył program życzeniem "szczęliwego Halloween", ale tysišce przerażonych osób już tego nie usłyszały. Ludzie opuszczali domy i uciekali, gdzie pieprz ronie. CBS, przerażone wizjš procesów sšdowych, resztę wieczoru nadawało komunikaty dementujšce wieci o rzekomej inwazji. To niezamierzone wydarzenie uczyniło z Wellesa gwiazdę, pomogło mu dostać się do Hollywood, gdzie trzy lata potem reżyserował arcydzieło - "Obywatela Kane" - a jednoczenie pokazało... jak powszechna była wród Amerykanów wiara w Marsjan.
Kanały wcišż były zaznaczone na jednych z najdokładniejszych map powierzchni Marsa, jakie stworzył astronom Earl C. Slipher, a którymi posługiwała się NASA pod koniec lat 50., kiedy planowała wysłanie pierwszych sond w kierunku planety.
Jeszcze w 1959 roku rosyjski astrofizyk Josif Szkłowski na podstawie analizy ruchu marsjańskiego księżyca Fobosa doszedł do wniosku, że jest on niezwykle lekki. I albo jest zbudowany z materiału tysišc razy lżejszego od wody, albo pusty, czyli wydršżony w rodku. Szkłowski więc sugerował, że Fobos może być opuszczonš stacjš orbitalnš pradawnej, zaginionej cywilizacji marsjańskiej.
Mit Czerwonej Planety przyjaznej życiu pękł jak bańka mydlana dopiero wtedy, kiedy w 1965 roku w jej pobliżu przeleciał Mariner-4. To była pierwsza udana marsjańska misja. 21 niewyranych zdjęć ukazało krajobraz icie księżycowej pustki - morze kraterów. Ani ladu Marsjan, wody, kanałów, życia, wegetacji, jakiejkolwiek aktywnoci geologicznej. Żadnego podobieństwa do rzeby powierzchni Ziemi.
Ale kolejne misje - zwłaszcza Marinera-9, który w 1971 roku wszedł po raz pierwszy na orbitę planety - złagodziły rozczarowanie. Dostrzeżono olbrzymie wulkany, trzy razy wyższe niż Mount Everest (wskazywały na goršce wnętrze planety), a także pradawne koryta, doliny i delty (wprawdzie obecnie suche, ale może kiedy wypełnione wodš) oraz wielkie rozpadliny, długi i rozłożysty system kanionów Valles Marineris (dowodziły niegdysiejszej aktywnoci geologicznej, wskutek której popękała skorupa planety).
Niemniej jednak inteligentna cywilizacja na Marsie okazała się wielkš iluzjš, mimo że sš tacy, którzy wcišż w niš wierzš i oskarżajš NASA o zatajanie prawdy. W 1993 roku, po utracie sondy Mars Observer, kiedy naukowcy Laboratorium Napędu Odrzutowego goršczkowo zastanawiali się, co się z niš stało, przed bramami instytutu zjawili się demonstranci. Twierdzili, że NASA specjalnie zniszczyła sondę, gdyż ta jakoby nadesłała szokujšce zdjęcia z Marsa.
Ta spiskowa teoria rozwinęła się przypadkiem - opowiadano mi w Pasadenie - kiedy przed laty NASA rozpalała zainteresowanie udanš misjš Vikingów i z wielu tysięcy zdjęć planety specjalnie wybrała i pokazała najdziwniejsze, m.in. takie, na których można dopatrzyć się zarysu ludzkiej twarzy albo konstrukcji przypominajšcej piramidy. Plotka o pozaziemskiej cywilizacji na Marsie - wbrew intencjom NASA - rozrosła się na cały wiat. Dlatego agencja zapowiedziała, że Mars Observer, jak tylko dotrze do Marsa, ponownie sfotografuje te same okolice planety i udowodni, że piramidy i inne rzekome twory obcych to tylko gra cieni. Ale, masz babo placek, sonda zaginęła, co oczywicie tylko dolało oliwy do ognia. Dopiero kolejny orbiter - Mars Global Surveyor, który w drugiej połowie lat 90. zaczšł kršżyć nad Marsem - wykonał zdjęcia, które powinny przekonać niedowiarków, że cywilizacji tam nie ma i raczej nigdy nie było. Niektórych naukowców też to rozczarowało.
Mikroby kontra makroby Do dzi pozostała nadzieja, że sš tam mniej rozwinięte formy życia. To włanie miały sprawdzić Vikingi w połowie lat 70. Naukowcy dostali pierwszš w historii ludzkoci okazję, by na obcej planecie poszukać życia. Ba, ale jak mieli to zrobić?
Nie wiedziano, tak jak dzi zresztš, jak takie obce życie może wyglšdać.
Słynny astronom Carl Sagan domagał się, by lšdowniki zaopatrzono w lampę błyskowš, żeby kamery robiły zdjęcia również w nocy. - Przeladowała mnie myl, że obudzimy się którego ranka i zobaczymy mnóstwo ladów wokół Vikingów. Nigdy jednak nie będziemy w stanie dostrzec samych stworzeń, gdyż prowadzš nocne życie - uzasadniał Sagan. W dyskusjach, jakie toczono w NASA, takie hipotetyczne duże stworzenia nazywano makrobami - w odróżnieniu od mikrobów.
Ciemna szczelina w centrum to potężne marsjańskie kaniony Valles Marineris
Fot. National Geographic Channels- Nie wierzę w żadne nocne życie na Marsie, bo jest tam wtedy przejmujšco zimno. Makroby będš raczej spały, próbujšc zachować ciepło i energię - dowodził biolog noblista Joshua Lederberg. - Niektóre organizmy na Ziemi, np. arktyczne ryby, skutecznie walczš z zimnem, produkujš substancje niekrzepnšce w niskich temperaturach. A drapieżniki? Czy nie byłoby dla nich najlepszš strategiš polowanie w ciemnociach na pišce organizmy Lederberga? - odpowiadał Sagan.
A kiedy szefowie misji nie zgodzili się na nocnš lampę, zaproponował rozmieszczenie wokół lšdowników przynęty i pułapek.
Sagan, znakomity astronom i popularyzator nauki, wcale nie był szaleńcem. Lubił stawiać szokujšce pytania, na granicy naukowej poprawnoci, które trafiały w sedno problemu. A Vikingi obnażyły poważny kłopot, jaki naukowcy mieli z poszukiwaniem życia poza Ziemiš.
Czego i jak tak naprawdę mieli szukać? Zwišzków organicznych (węgla), które budujš żywe organizmy na Ziemi? Niektórzy naukowcy jednak sugerowali, że mogš istnieć alternatywne formy życia, oparte np. na krzemie. Ale co wskazywałoby na to, że one żyjš? W jaki sposób w ogóle zdefiniować życie?
Kamery Vikingów były w stanie zobaczyć wszelkie duże stworzenia albo ich tropy, niezależnie od tego, z czego byłyby zrobione. Z mikroorganizmami sprawa jest o wiele trudniejsza. Wystarczy wspomnieć goršce spory, jakie toczš się wród badaczy od siedmiu lat, czy twory dostrzeżone w meteorycie ALH84001 sš skamielinami marsjańskich mikrobów, czy też nie. A sonda dysponuje znacznie skromniejszym zestawem przyrzšdów niż badacze na Ziemi.
Ostatecznie Vikingi po wylšdowaniu przeprowadziły na Marsie trzy eksperymenty, które miały zaobserwować lady metabolizmu lub oddychania. Okazało się jednak, że wyniki nie dajš jednoznacznej odpowiedzi. W listopadzie 1976 roku zespół Vikinga ogłosił w "Science" oficjalny raport-kapitulację: "nie doszlimy do żadnych konkluzji dotyczšcych istnienia życia na Marsie". Pozytywny sygnał, jaki dał jeden z eksperymentów, mógł pochodzić zarówno od życia, jak i niebiologicznych, chemicznych reakcji. - Wcišż jednak uważam, że znalelimy tam życie - powiedział mi ostatnio sam autor tego eksperymentu 79-letni Gilbert Levin, prezes spółki Biospherix.
Jednak większoć naukowców w to wštpi. Ich zdaniem zbyt mało wiadomo o składzie marsjańskiej gleby i skał, o warunkach rodowiska, żeby rozróżnić, co jest sygnałem reakcji chemicznych, a co znakiem obecnoci życia.
- Przed lšdowaniem Pathfindera nie wiedzielimy niemal nic o tym, z czego i jak zbudowany jest Mars. Vikingi stały w miejscu, ich ramię nie sięgało skał, mogło nabrać tylko garć miałkiego pyłu, a z samych fotografii niewiele da się wyczytać - mówi Golombek. - Dysponowalimy tylko kolekcjš kilkunastu meteorytów, które na Ziemię przyleciały z Marsa. Wszystkie były skałami bazaltowymi, wulkanicznymi, najbardziej powszechnymi w Układzie Słonecznym.
Czy nasze oczy mogš kłamać To dlatego obecne misje na Marsa podejmš się mniej ambitnych zadań niż Vikingi. Żaden z lšdowników nie będzie przeprowadzał eksperymentu bezporednio szukajšcego życia. Wcale nie dlatego, że nie wierzymy w życie na Marsie. Po prostu na razie nie wiemy, jak je tam dopać.
Dlatego organizatorzy podboju Czerwonej Planety stawiajš sobie teraz pytanie, na które łatwiej odpowiedzieć: czy sš tam (lub kiedykolwiek były) warunki do istnienia życia takiego jak ziemskie?
Na Ziemi podstawowym warunkiem istnienia życia jest woda, tylko woda. Wszędzie tam, gdzie jest woda, znaleziono życie. W najzimniejszych rejonach Arktyki i bardzo goršcych ródłach, głęboko pod ziemiš, bez dostępu atmosfery. Tlen nie jest niezbędny.
Na Marsie nie ma rzek ani mórz. Zbyt niskie jest tam cinienie i temperatura. Kiedy się jednak obserwuje powierzchnię Czerwonej Planety z wysokoci orbity, to widać lady wodnej erozji - doliny rzeczne, meandry, delty, baseny etc. Ale czy to rzeczywicie lady wody? Czy dobrze interpretujemy to, co widzimy na zdjęciach - to jest dzi podstawowy problem badaczy Marsa. Może obecnš rzebę planety kształtowały lodowce z dwutlenku węgla, tj. suchego lodu. Może działała erozja wietrzna albo potoki lawy.
Trzeba więc zaczšć od żmudnej pracy geologa. Wylšdować, dotknšć skały, wwiercić się w niš, odłupać, znaleć minerały, z jakich zbudowana jest skorupa Marsa, okrelić iloć wody zawartej w wiecznej zmarzlinie i czapach polarnych. To pomoże ustalić historię planety. Takie zadanie otrzymały sondy.
- Wierzymy, że krater Guseva niegdy wypełniała woda. Na to wskazujš obserwacje z orbity. Spirit zbada, czy sš tam skały osadowe, które zwykle tworzš się na dnie zbiorników wodnych. Bliniaczy Opportunity ma okrelić, czy na równinie Meridiani znajdujš się rzeczywicie pokłady hematytu - minerału, jaki zwykle powstaje w obecnoci wody (np. przy goršcych ródłach na Islandii) - mówi Dan McCleese, odpowiedzialny za cały program badania Marsa w Laboratorium Napędu Odrzutowego. - Jeli oba pojazdy nie znajdš tam ladów działania wody, wtedy będziemy mieli problem. Miejsca, które dzi większoć z nas uważa za wygodnš kolebkę dla życia, okażš się dla niego całkiem niegocinne - dodaje naukowiec.
Ale każda odpowied, jakš przyniesie eksploracja Marsa, otworzy pole do fascynujšcych spekulacji.
Jeli bowiem na Marsie sš warunki dostateczne do tego, by mogło tam istnieć życie, ale tam go nie znajdziemy, to dlaczego na Ziemi narodziło się życie? Czy zadziałał jaki nieznany nam, tajemniczy czynnik? Słowem, okaże się wtedy, że albo nasza wiedza o warunkach determinujšcych życie na Ziemi jest niewystarczajšca, albo nasze pojawienie się na Ziemi jest niezwykle rzadkim przypadkiem i - z dużš dozš pewnoci - jestemy samotni we Wszechwiecie.
Natrafienie za na mikroorganizmy albo choćby ich skamieliny na Czerwonej Planecie będzie oznaczało, że życie jest zjawiskiem powszechnym. Rodzi się wszędzie tam, gdzie ma do tego sposobnoć. Byłoby też interesujšce dowiedzieć się, jak wyglšda marsjańskie życie. Czym się różni od ziemskiego. Jakie cechy sš wspólne dla życia w ogóle, a jakie zależne od typu planety.
Niewykluczone, że 4,5 mld lat temu życie rozwinęło się najpierw na Marsie. Wskutek kosmicznych kolizji odłamki skał z Czerwonej Planety spadły na Ziemię w postaci meteorytów, a tamtejsze organizmy stały się zarzewiem życia na naszej planecie. Kiedy klimat Marsa nieodwracalnie zmienił się na gorsze - stał się suchy i zimny - tamtejsze życie zginęło. Ziemia okazała się o wiele lepszym dla niego miejscem. Może więc wszyscy jestemy Marsjanami - sugeruje Mat Golombek.
* O przygotowaniach do misji Spirita oraz Opportunity opowiada film "Życie na Marsie", kanał National Geographic, 28 grudnia (godz. 17) i 3 stycznia (godz. 15)
** Korzystałem też z "Uncovering the Secrets of the Red Planet" Paula Raeburna, wyd. National Geographic Society
autor: Piotr Cieliński z Laboratorium Napędu Odrzutowego w Pasadenie
źródło: Wyborcza - 16.12.2003 - Duzyformat